Za czym tęsknię w podróży a za czym, kiedy siedzę w domu

Od jakiegoś czasu bardzo dużą uwagę staram się zwracać na ‘tu i teraz’, praktykować wdzięczność i wyciągać jak najwięcej z tego co mam zamiast tkwić w przeszłości. Czasem mimo wszystko spojrzę tęsknie na zdjęcie, poczuję jakiś zapach albo przypomni mi się jakaś historia z podróży. Staram się okiełznać te myśli, niech pozostaną miłym wspomnieniem i odlecą, ale mimo wszystko próbuję wyciągać z nich wnioski. Owocem takich właśnie przemyśleń stała się dzisiejsza lista. To zbiór moich największych pragnień i obaw, które są ze mną tu w domu i na końcu świata. Może nie tylko ja takie mam?

W podróży

Poczucie bezpieczeństwa– oczywiście co innego mogłam wymienić jako czołowa hipochondryczka. Przez cały rok potrafię być zdrowa, ale w podróży zaczyna boleć mnie dosłownie wszystko, z zębami na czele. Na niewiele zdaje się to, że przed każdym dużym wyjazdem robię komplet badań. I to nie dzieje się prawie nigdy w Europie czy chociażby dalekim, ale cywilizowanym państwie, gdzie wiem ze pomoc nadejdzie. To zaczyna się dziać samym środku indonezyjskiej dżungli bez najmniejszej kreski zasięgu. Ale pracuje nad tym.

Rodzina – moje uczucia najlepiej oddałby film Interstellar. Wyjeżdżam i zostawiam wszystko w jakimś określonym stanie i to jest okej. Tymczasem życie tu toczy się dalej i kiedy wracam nigdy nie jest dokładnie tak jak to zostawiłam. Tęsknię za moja siostrą, nie lubię tego gadania przez facetime.  Czasem to nawet nie chodzi o gadanie tylko o bycie razem, a to jest trudniej zorganizować. Z nią jeszcze nie ma takiego problemu jest na tyle duża, że mogę ją spakować do walizki i zabrać ze sobą. Ale są osoby, których nie mogę zabrać- jak dziadkowie i czuję smutek, kiedy myślę o uciekającym czasie, który z nimi jest taki cenny. Myślę, że tęsknota za rodziną nie powinna determinować decyzji o wyjeździe, ale czasem naprawdę jest ciężko.

Spojrzenie z dystansu – zawsze przed wyjazdem staram się jak najlepiej przygotować. Lubię przeczytać książkę o miejscu, w które jadę. Następnie przychodzi mały research na pintereście, żeby znaleźć przydatne wskazówki. Kolejnym etapem jest przejrzenie zdjęć na instgramie z oznaczeniami i hashtagami z tego miejsca. To pomaga mi ułożyć sobie w głowie plan podróży, określić konkretne cele i znaleźć najpiękniejsze miejsca na zdjęcia. Ruszam na wyprawę z tysiącem list, a ostatecznie siadam w hotelu i myślę „to to już?”. Brakuje mi tego spokoju i dystansu, który mam w domu. Może rada, żeby się aż tak nie nastawiać? A może rada, żeby nauczyć się lepiej przechodzić do działania?

Dom – i mówiąc dom mam na myśli dom. Tym razem nie rodzinę, a moje mieszkanie. Czy wyjdę na wariatkę, jeśli powiem, że czasem zdarza mi się przeglądać katalogi ikei i planować przemeblowania, które zrobię po powrocie? Mówiłam – to chyba znowu ten dystans.

W domu

Za byciem gdzieś indziej, zapachem powietrza, jedzeniem – nawet jeśli wcześniej wcale tak bardzo mi nie smakowało.

Za planowaniem! –  jedyny sens bycia w domu to ten ze świadomością, że musze się cieszyć się chwilą, bo zaraz leceeee!

Wspomnieniami – i to wszystkimi bez wyjątku. Mój mózg okrutnie wyrzuca te złe rzeczy i zastępuje je najpiękniejszymi, bajkowymi historiami. Nie przesadzam. 2 lata temu po przeprowadzce do Indonezji mieliśmy naprawdę koszmarny czas. Obskurny dom, wypadek samochodowy, choroba, w dodatku nic nie układało się zgodnie z planem. I to wszystko w pierwszym tygodniu pobytu. A co zapamiętałam? Że całymi dniami leżeliśmy spijając sok z wydrążonego kokosa i oglądaliśmy house of cards (to nic ze owinięci w koce bez sił, żeby ruszyć nogą). Że jadłam pyszny indonezyjski rosół (to nic ze nie czułam smaków). Że nasz pokój był różowy (a w każdym rogu siedział karaluch, przysięgam). No i że jak tylko wróciły mi zmysły, spróbowałam wszystkich owoców jakie znalazłam na targach. Te złe rzeczy zawsze idą gdzieś na koniec mojej głowy. Co z tego, że wtedy przyprawiały mnie o płacz. Teraz myślę o nich a moja twarz jest kamienna, tak jakby były całkiem zmyślone.

Kolejny raz za dystansem! – zawsze z daleka wszystko wydaje mi się łatwiejsze. Mam sto pomysłów na minutę i wszystko wydaje się być na wyciągnięcie. Ten piękny stan utrzymuje się tylko chwilkę po powrocie, a potem wracają mi klapki na oczy. Ale nad tym też pracuję!

Za niewiadomą– i tym planowaniem co jutro zobaczymy i gdzie zjemy… zawsze jest tyle możliwości!

Podobało Ci się? Udostępnij!

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Zostaw komentarz

Czytaj więcej

Obserwuj mnie

© 2020 Lolafasola All Rights Reserved